wtorek, 3 maja 2016

Misia w teczkę

Odkryłam dziś swoje powołanie. Moim powołaniem jest postawienie sobie drewnianej chatki w Wolinie, w wiosce Wikingów, siedzenie pod tą chatką, lepienie garnków, granie na flecie i robienie wianków z mleczy i stokrotek. Zaczęło się od tego, że rodzice postanowili zorganizować dziś wycieczkę. Ostatni raz urządziliśmy sobie taki spontaniczny wypad 2 lata temu, przed moją maturą, więc sami rozumiecie, że był to już czas najwyższy. Wybraliśmy się właśnie do Wolina, do Centrum Słowian i Wikingów. Pewnie myślicie, że ja z tym fletem i wiankami to sobie żartuję. Ależ nie! Doszłam po prostu do wniosku, że życie w wielkim mieście jest zbyt stresujące i wymagające dla tak małej i delikatnej osóbki jak ja. Pomyślałam więc, dlaczego nie mogłabym żyć sobie w takim spokojnym, cichym miejscu obok koni, baranków i innych drewnianych chatek? Mówię Wam, jak tylko skończę studia, właśnie tam mnie znajdziecie. Tata co prawda zaproponował tamtejszym ludziom wymianę 'białogłowej na dwie krowy', ale jakoś nikt się nie skusił. Z resztą, na co tacie dwie krowy? Ja przynajmniej naczynia do zmywarki powkładam. Jednakże w ostatecznym rozrachunku doszliśmy do wniosku, że krowy opłaciłyby się mu bardziej niż córka na studiach. Polecam to miejsce każdemu kto jest fanem natury, historii albo ma przed sobą jakieś stresujące wydarzenie - odprężyć tam się można jak mało gdzie. Jest tam pyszne jedzenie (podpłomyki z miodem!), różnorodne pamiątki, zwierzęta, świetni ludzie, którzy chętnie opowiedzą Wam o dawnych zwyczajach oraz wiele innych atrakcji, np. strzelanie z łuku (odkryłam, iż w poprzednim wcieleniu byłam Legolasem). Wycieczka była idealnym sposobem na reset przed moim jutrzejszym powrotem do 'betonowego lasu'. Choć wcale wracać mi się nie chce. 















fot. mama

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz