czwartek, 6 października 2016

TITANIC

Gdy mniej więcej na początku tego roku ukazała się informacja o wystawie Titanica w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie od razu wiedziałam, że muszę się tam znaleźć, choćby nie wiem co. W końcu mam na tym punkcie niemałą obsesję. Planowałam wyjazd w kwietniu, w czerwcu i we wrześniu. Żaden nie wypalił, z mniejszej bądź większej przyczyny. W zeszły weekend postanowiłam postawić w końcu na swoim i głosem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiłam światu, iż "JADĘ". Warszawa nie zaskoczyła mnie mile pogodą, ale za to tłumy ludzi były jak zawsze wręcz imponujące. I gdzieś tam pomiędzy lamentem nad niemożnością zakupienia nowej torebki z Zary, a trzecią z kolei pomyłką w poszukiwaniu odpowiedniego wejścia i kilku piętrach wędrówki po schodach (złych schodach i złych piętrach), nareszcie dotarłam w odpowiednie miejsce, aby stanąć w dość konkretnej kolejce do wystawy. Wcześniej poszłam na zwiady do sklepu z upominkami. Zakupiłam w nim przepiękny album ze zdjęciami i przyznam, że wyszłam z lekkim oburzeniem gdy moim oczom ukazały się t-shirty z nadrukiem przedstawiającym tonącego Titanica. To przecież, mimo wszystko, była katastrofa, na Litość Boską. Nigdy jednakże nie pożałuję tych dziesięciu godzin przeleżanych w pociągu w pozycji embrionalnej (próbowałam się choć trochę wyspać), gdyż ten spontaniczny wyjazd był jednym z najlepszych pomysłów na jakie wpadłam. Co mogę napisać na temat wystawy? Każdy kto mnie zna wie, że ja tą katastrofę i tego Titanica bardzo osobiście i wewnętrznie przeżywam, choć nie jest do końca wiadomym dlaczego. Głupio mi było tam smarkać i chlipać między ludźmi, więc walczyłam z tą gulą w gardle, która stawała się z każdą minutą coraz większa. Mogłam moją własną, prywatną dłonią dotknąć kawałka metalu, który był jakimś małym fragmentem tego statku i wierzcie mi, że było to dla mnie coś ogromnego. Widziałam listy ludzi, w których pisali o marzeniach, wspaniałości Titanica i powrotach, na które nie mieli najmniejszej szansy. Widziałam obrączkę zsuniętą z palca tonącej pasażerki, której nie chciano wciągnąć do szalupy oraz buciki dziewczynki, która cudem została uratowana od śmierci. Przechadzałam się (jakieś cztery razy w tą i z powrotem) doskonałą rekonstrukcją korytarza, prowadzącego do pokoi pasażerów, który znany nam jest także z ekranizacji Jamesa Camerona. Moje emocje wydostały się na zewnątrz przy historii małżeństwa Straus i chwała Bogu i Niebiosom za drugą płaczącą, obecną na wystawie Panią, która pomiędzy swoją łzą a moją, wcisnęła mi do ręki chusteczkę. Z wdzięczności rozpłakałam się jeszcze bardziej, bo gdyby nie ta chusteczka to w smarkach byłabym ja, owa Pani i eksponaty również w smarkach by się mogły przypadkowo znaleźć. Aby doświadczenie stało się jeszcze bardziej realistyczne i serco-łamiące, organizatorzy postawili w jednym z pomieszczeń ścianę lodu, abyśmy wszyscy mogli zanurzyć w dziurach dłonie i wyobrazić sobie, jak makabryczny ból towarzyszył ludziom tonącym w lodowatej wodzie Atlantyku. Zdjęcia niestety, były surowo zabronione. Choć opinie na temat wystawy są podzielone, ja jestem do tej pory zarówno wstrząśnięta, jak i zachwycona. Po powrocie do domu wchłonęłam jeszcze po raz tysięczny film, w którym historia miłosna Jacka i Rose (jak się okazuje) nie była wcale tak do końca fikcją. A tą torebkę to i tak sobie później kupiłam.

• Wybaczcie mi to straszliwe zwlekanie z Londynem, ale ilość zrobionych przeze mnie zdjęć jest naprawdę przytłaczająca. Na weekend to ogarnę. 






Jedyne zdjęcie, które udało mi się pstryknąć ukradkiem w środku. Rekonstrukcja kabiny radiotelegraficznej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz