wtorek, 18 października 2016

River Thames

Dziś zarzucę klasyką. Czyli najbardziej typowymi, znanymi chyba wszystkim symbolami Londynu. Będzie czerwony autobus, parlament, Big Ben, London Eye i mój faworyt - Tower Bridge. A także wszystko co można napotkać na swej drodze, spacerując wzdłuż Tamizy. Była to długa, nieco wyczerpująca trasa, bogata w uśmiechy zebrane od obcych ludzi, bańki, zaczepki anglików, postoje na batonika/kanapkę/piciu. Raz się nawet zgubiłam. Następnego dnia nie zapomniałam już więc o mapie. Zapraszam na zdjęcia! 


Nie powiem, wpadłam na kilku ludzi próbując objąć go całego na zdjęciu.






Kręcą mnie londyńskie latarnie.




Przyznam, że nigdy nie miałam okazji być w jednej z tych kapsuł. To pozycja, którą muszę odhaczyć na mojej liście podczas kolejnej wizyty w Londynie.



Pomimo raczej kiepskiej pogody, parlament jak zwykle prezentował się nienagannie.


Widzicie to maleństwo w lewym, górnym rogu?



Tego Pana spotkacie jeszcze w innej notce. Stałam przy nim jakieś 15 minut i próbowałam uchwycić uśmiechy dzieci łapiących bańki. Magiczna chwila.





Jak się zapewne domyślacie, w tej części spędziłam najwięcej czasu.






Styl każdej z mijanych kawiarni, restauracji i barów był wręcz urzekający.



Czy fani Harry'ego Pottera rozpoznają to miejsce?



Spokojnie, to nie jest prawdziwe dziecko, choć tak myślała zapewne większość gapiów, sądząc po ich komentarzach. Jest to tylko element kampanii (niestety nie doczytałam jakiej, miała ona na pewno związek z Koreą).



Mój ósmy cud świata.





Początku mojej trasy nie można było dostrzec nawet z mostu.  





Do Tower zajrzycie w następnej notce. Tym razem nie będzie ona już tak uboga w treść.

fot. Ja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz