środa, 6 lipca 2016

Motylarnia

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa. Nie wiem czy jest prawdziwe bo zupełnie nie pamiętam kto był autorem tych słów, ale usłyszałam od kogoś historię o motylach zabójcach. Jako dziecko motyle były moją największą obsesją, do dziś rozróżniam wiele gatunków a siatkę na motyle, którą dostałam na siódme urodziny odziedziczyła moja młodsza siostra. Moim pierwszym przystankiem w każdym zoo jest motylarnia. Zdecydowanie wolę taką formę obserwacji tych cudownych stworzonek, gdyż motylki, które oglądałam w szklanych gablotkach były owszem piękne, ale bardzo smutne. Takie ususzone, biedne, zerkały na mnie zza tej szybki i nie było w nich już nic ulotnego. Wracając jednak do motyli-morderców (tak, to brzmi niedorzecznie nawet w mojej głowie) mowa tu o motylach zwanych Mariposa de la muerte. Aby nie wyjść na niesłowną, sprawdziłam - Wojciech Cejrowski pisał o nich w swojej książce Gringo wśród dzikich plemion, jednakże jestem przekonana, że usłyszałam o nich już wcześniej. Motyle te wydzielają podobno truciznę gdy czują się zagrożone. Ma ona formę pyłku, który dostając się do ludzkiej błony śluzowej, powodują natychmiastowe zatrucie organizmu. Słowa Cejrowskiego są jednak określane jako 'wyolbrzymienie', gdyż według wierzeń pewnego plemienia, owe motyle miały jedynie zwiastować śmierć, a nie ją powodować. Nie podważając wiedzy bosego podróżnika, nawet gdyby te motyle w rzeczywistości okazały się być zupełnie niegroźne, jest to pewna ciekawostka. Wzięło mnie dziś na te motyle tematy, bo w liście do nowej znajomej pisałam przed chwilą o swoim dzieciństwie. Jako, że za oknem mamy namiastkę huraganu, dostałam w pracy dzień wolny i mogę w akcie kompletnego lenistwa, nie robić dziś nic poza pisaniem oraz oglądaniem seriali, które znam już i tak na pamięć. Mogę jedynie zgadywać, że pogoda na zewnątrz przeraża Was tak samo jak mnie. Zakładając oczywiście, że mieszkacie gdzieś tu w pobliżu. Jeśli dane było Wam dziś ujrzeć słońce - szczerze zazdroszczę, jeśli nie, może chociaż kwiaty i motyle z działki rodziców rozjaśnią trochę tą dzisiejszą aurę. Na zdjęciach nasza prywatna motylarnia, czyli maki, bielinek, rusałka i moja nowa, ulubiona, kompletnie wiejska kiecka. 





















| dress VINTAGE |
fot. mama

2 komentarze:

  1. Przepiękna sukieneczka, taka dziewczęca, ale i kobieca :)
    Zdjęcia mnie oczarowały! Gdybym tylko ja potrafiła takie zrobić to by było coś :)

    Pozdrawiam, Iza z listownej korespondencji :)
    (właśnie dzisiaj biegnę na pocztę wysłać już skończony list dla Ciebie)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz jak się cieszę! Codziennie biegam sprawdzać skrzynkę :D Czekam z niecierpliwością na list i dziękuję za komentarz, jest mi przemiło!
      Całusy <3

      Usuń